 |
 |
| Aktualnie jesteś: |
|
|
|
O nową demokrację |
O nową demokrację
Małe kraje powinny milczeć. Małe narody też. Takie powinno być przesłanie demokratów zatroskanych o losy demokracji sterowanej zwanej po prostu eurokracją.
"Traktat żyje" przekonuje wszystkich Tusk, choć twierdzę, że słowa te raczej kieruje w stronę Berlina, a nie do Polaków, bo przecież stamtąd nadchodzą głosy pełne świętego oburzenia. Niemcy, ponoć największy płatnik UE, chcieliby nareszcie zacząć czerpać wymierne korzyści z tego tytułu, a tu znowu jakiś narodek sabotuje prace Wielkich tego kontynentu. Wtóruje Belinowi poniekąd Paryż, aczkolwiek chyba bez przekonania, wszak to Francuzi odrzucili w referendum swego czasu Traktat Konstytucyjny, czyli pierwowzór TL odrzuconego przez Irlandię.
Najciekawsze jednak wydaje się to, że eurokraci mający fioła na punkcie walki o prawa mniejszości i na punkcie pouczania rozmaitych zacofanych narodków na ten temat, gdy zupełnie legalnie zabrała głos (unijna) mniejszość w postaci obywateli Irlandii, nie chcą przyjąć tego faktu do wiadomości. Wygląda więc na to, że są Mniejszości i mniejszości - i jedne mają prawa absolutne, inne zaś najlepiej żadnych, ale przede wszystkim mamy historyczną lekcję dowodzącą, że eurokracja to nie są żarty. Owszem, na paradach Schumanna pośmiać się można, na bankiecikach wypić i zakąsić, jak najbardziej, na ulotkach o integracji i o tym, jak to wszystkim żyje się w UE lepiej (a będzie jeszcze lepiej) wszyscy są uśmiechnięci od ucha do ucha - ale niech no ktoś spróbuje się jakoś przeciwstawić konieczności dziejowej i dobrodziejstwom uchwalanym przez eurokratów. Niech no jakiś ludek podniesie rękę w geście sprzeciwu przeciwko oczywistemu dla wszystkich eurokratów dobrobytowi - już uśmiechy gasną i eurokraci zaczynają się rozglądać za jakąś pałką. To mi się podoba. Takie reakcje sobie cenię, ponieważ pokazują one bez żadnych tam zbędnych ceregieli, że zamiast marchewki rozmaite narodki mogą zaraz zobaczyć odpowiednio przemawiający do rozsądku kijek.
Zaczynają się więc kombinacje jak te, które wyczynia chłop z koniem pod górkę. A to ponownie zarządzić referendum (może w innym kraju by ktoś się wypowiedział za Irlandczyków?), a to, że TL ratyfikowany zostanie w "całej UE poza Irlandią", a tę ostatnią i tak się uraczy jakimś pseudo-TL itp. Oczywiste jest, że praca tylu tysięcy urzędników, którzy w pocie czoła wykuwają nowy porządek kontynentu nie może nagle pójść do kosza. Nie chodzi wcale o to, że ci urzędnicy nie mieliby już nic do roboty, bo dla nich kolejne fuchy Bruksela zawsze znajdzie ("żyje się tylko raz"), ale o to, że urzędnik zawsze wie lepiej niż pszenno-buraczany, nieoczytany i nieokrzesany eurokratycznie obywatel, co jest dla tego obywatela lepsze i co jest dla niego najlepsze. Czy w ten sposób nie jesteśmy już o krok od systemu feudalnego, w którym, obywatele mają swoich panów w postaci eurokratów, ci zaś z czasem wytworzą neoarystokrację i spośród siebie (no bo nie spośród buców, co są szarymi, a nawet ciemnymi podatnikami) będą wybierać najwyższych przedstawicieli władzy? Gwoli przypomnienia warto jedynie dodać, że feudalizm dość krwawo zwykle kończył swój żywot, więc dobrze by było, żeby nieprzejmujący się historią eurokraci mieli jednak na uwadze, że wilk nosi tylko kilka razy, a potem po wilka przychodzą.
Nie mam zamiaru jednak nikogo z eurokratów straszyć, zwł. że to oni dają narodkom i ludkom do zrozumienia, że mają się eurokratów bać. Warto sobie dobrze tę lekcję historii zapamiętać - eurokracja to nie są żarty, powtarzam. Wolności obywatelskie, jak najbardziej, ale nie takie, że podważa się socjalistyczny, tfu, eurokratyczny porządek. Tak właśnie rozumiana była praworządność w ZSSR. Obywatele sowieccy właściwie mogli robić wszystko, byleby nie zajmować się działalnością antypaństwową (tudzież kontrrewolucją). Naturalnie to, co wchodziło w zakres pojęcia "działalność antypaństwowa" ustalała każdorazowo sowiecka władza. Ten ideał najwyraźniej "prowieł balszoje wpieciatlenije" na eurokratach i teraz deliberują, jak go wprowadzić, by i w UE do kontrrewolucji nie dochodziło. Demokracja przecież ma swoje granice, o czym nam, Polakom, mówił jasno 13 grudnia 1981 r., W. Jaruzelski. I są granice, których przekroczyć nie wolno, zajec!
Można by za pomocą jakiegoś dekretu Komisji Europejskiej (tak jak dekretowała KRN, a potem PKWN) wprowadzić takie udogodnienie prawne, które zakazywałoby urządzania referendum przez narodki tak małe, że nie mające nic do powiedzenia. Taki zapis mógłby się zresztą znaleźć w odnowionym Traktacie Lizbońskim, który teraz może po kolejnej mutacji i mieleniu brukselskich młynów urzędniczych przyjmie jakąś jeszcze cieplejszą nazwę (Kontrakt Unia Przyjaźni resp. Pakt Przyjaźni dla Europy). Wtedy jednym telefonem z centrali załatwiało by się odpowiednie poparcia dla odpowiednich inicjatyw w odpowiednich regionach (landach) UE i machina hulałaby jak silnik niemieckiego radiowozu. A że niekoniecznie miałoby to związek z deklarowanym przez eurokratów kultem mniejszości i uwielbieniem dla demokracji? Pal diabli demokrację obywatelską. Tu chodzi o doskonalszy porządek społeczno-polityczny - taki, w którym buro-szary obywatel nie zajmuje się takimi pierdołami jak jakieś głosowania czy referenda, tylko sobie gryzie czipsy i na ekranie ukochanego telewizorka ogląda, jak oświeceni załatwiają wszystkie jego sprawy (od największych do najdrobniejszych). A obok telewizorka stoi taksometr, który inkasuje regularną należność od buraka za dany mu dobrobyt.
freeyourmind.salon24.pl |
|
|
|
|
Najwyższy Czas • Michalkiewicz.pl • konserwatyzm • Aspekt Polski • Traktat akcesyjny • Masoneria • Żydzi
Marzy Ci się nowy dom ?? Projekty domów małych i dużych. kredyt mieszkaniowy zobacz u nas najtaniej Strona ma charakter informacyjny, nie ponosimy odpowiedzialności za treść, e-mail: stawropolski@gmail.com |
|