|
|
Ryszard Bender |
Wysoki Senacie! Dostojni Goście!
Panie Marszałku, obaj jesteśmy historykami, więc proszę pozwolić, że zwrócę się nieco - mimo iż bieżące sprawy są bardzo istotne - w kierunku historii.
O tym, żeby stworzyć zjednoczoną Europę, Europę ojczyzn, myślano od rozbioru Polski. Wiedziano i zdawano sobie sprawę, że w takiej zjednoczonej Europie Polska z racji swojego potencjału i swojego niedawania się tym rozbiorowym działaniom, będzie mogła zasłużyć się nawet dla dobra ludzkości. Różne były pomysły: socjalistyczne, utopijnosocjalistyczne, chrześcijańskie i inne koncepcje zjednoczenia Europy. Możemy to znaleźć w wielu opracowaniach, swojego tutaj nie będę państwu dedykował.
(Wesołość na sali)
No, jeśli ktoś chce, niech zajrzy do książki "Chrześcijanie w polskich ruchach demokratycznych XIX wieku", gdzie znajdzie różne koncepcje, i dziwne, i w miarę realne, bo wszystkie starałem się przedstawić.
O tym marzyli, kto wie, czy nie sięgając do przykładów tej polskiej myśli, jako że w XIX w. Polacy odgrywali ogromną rolę w rozwoju europejskiej myśli politycznej, ojcowie dzisiejszej jednoczącej się Europy. I Robert Schuman, i Monnet, i Georges Bidault, i Poher, nie był temu przeciwny również wielki przyjaciel Polski, który razem z nami bił bolszewików w 1920 r. - generał Charles de Gaulle. Wspomniałem Pohera, stałego prawie przewodniczącego Senatu francuskiego. Ileż godzin, można powiedzieć nocy z nim przerozmawiałem, wraz z innymi kolegami, o tym, jaka ta Europa powinna być. I wszyscy uważaliśmy, że to będzie Europa o swojej tożsamości, liczącej parę tysięcy lat, że to będzie Europa, która dostrzeże swoje chrześcijańskie korzenie. Dzisiaj wiemy, że przyjmujemy dokument, który od tego abstrahuje. No cóż, czasy się zmieniają, ale nie musimy, wbrew przysłowiu łacińskiemu, i my się zmieniać, zwłaszcza tak szybko.
Jak odległy od marzeń ojców zjednoczonej Europy i naszych, dziewiętnasto-, dwudziestowiecznych, jest dzisiejszy traktat rozpatrywany obecnie w Senacie? Słyszeliśmy, że jest tego parę artykułów, mówił o tym pan senator Wittbrodt. Jest tego tyle, dwa potężne tomy i w nich tyle różnych nachodzących na siebie przepisów, że wydaje się nawet, iż to tylko po to, żebyśmy się w tym wszystkim pogubili. Pan senator Wittbrodt, zachwalając traktat, który dziś rozpatrujemy, wspomniał, że on legitymizuje demokrację. Nic bardziej błędnego! Przecież jest to odejście od Monteskiuszowskiej zasady, tam parlament nie ma władzy, nie ma inicjatywy, wszystko musi robić z Komisją, a niekiedy nawet Komisja działa bez parlamentu, za jego cichą czy półgębkiem wyrażoną akceptacją. Jakaż to legitymizacja demokracji? To będzie wpływało i na nasz parlament, i nasz parlament będzie musiał jakoś powściągnąć swoje możliwości, jakie na pewno ma. Kilka artykułów, a oba tomy strasznie pokomplikowane.
Gwoli prawdy, istnieją różnice między dokumentem wcześniejszym, nazywanym konstytucją, a obecnym traktatem reformującym, zwanym lizbońskim. Niektóre rozwiązania są korzystne, na przykład wywalczone przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pana Lecha Kaczyńskiego, i ówczesnego premiera, pana Jarosława Kaczyńskiego. Wspomnijmy chociażby ustalenia z Joaniny, nasze przyłączenie się do obiekcji brytyjskich. To są znaczące osiągnięcia. Ale powiedzmy szczerze, ten traktat wymaga dalszych prac nad jego zawartością. Tu nie może być takiego poplątania z pomieszaniem, jak w tych tomach, które mam przed sobą. Istnieje konieczność dalszej renegocjacji tego traktatu, w przeciwnym bowiem wypadku naprawdę będzie to, co jest w nim najgroźniejsze.
Do tej pory Wspólnota Europejska nie miała osobowości, korzystała, mówiłem to w tej izbie parokrotnie, z osobowości państw członkowskich. Teraz art. 46a nadaje osobowość, więc Unia stała się państwem, a Polska, wchodząca w jej skład, podlegająca jej prawu, staje się prowincją tego państwa. Przed naszym prezydentem zasiądzie prezydent Unii Europejskiej, nad naszym ministrem spraw zagranicznych będzie sprawował władzę, co pokazano tutaj w różnych artykułach, wysoki przedstawiciel do spraw dyplomatycznych, czyli minister spraw zagranicznych Unii Europejskiej. No, szkoda... Pamiętam, jak w poprzedniej kadencji siedzieliśmy razem z panem Sikorskim, obecnie ministrem, a wówczas jeszcze senatorem, we wspólnej ławie i nie wiem, czy wtedy tylko mnie, czy jemu także przyszła do głowy taka myśl, że może dojść do tej skrajności.
Nasz parlament będzie podlegał ustawodawstwu Unii Europejskiej. Wbrew konstytucji, wbrew naszej konstytucji pierwszeństwo będzie miało prawo Unii Europejskiej. Sądzę, że pan senator Andrzejewski wyłowi i wyeksponuje tę sprzeczność. Przecież art. 90 i 91 mówią, że tylko prawodawstwo organizacji międzynarodowych ma pierwszeństwo przed naszym, a tutaj mamy do czynienia z prawodawstwem państwa o nazwie Unia Europejska.
Dalej, art. 48, jak wiemy, daje Radzie Europejskiej najrozmaitsze możliwości, między innymi możliwość zmiany części czy też całości traktatu, daje te możliwości przy takim czy innym układzie głosowania. To po co my to mamy ratyfikować w tej chwili, skoro Rada na podstawie tych przepisów może tutaj czynić, co jej się żywnie podoba?
Drodzy Państwo! Dokonuje się zabór Polski! Może to jeszcze nie jest rozbiór przez poszczególne znaczące państwa Unii Europejskiej. Wiemy, że tam będzie to twarde jądro, że będzie podział na państwa pierwszej prędkości, państwa drugiej prędkości, a my będziemy jakimś pośrednim, że tak powiem, ogniwem. Tracimy suwerenność, nasza niepodległość zostaje ograniczana. Odrzucenie traktatu lizbońskiego może i musi doprowadzić do rekonstrukcji. To jest ostatnia chwila, kiedy Senat ma sprawy w swoim ręku, kiedy Senat może zdecydować, kiedy Senat może doprowadzić do tego, że będzie dokonana rewizja traktatu z korzyścią dla naszej suwerenności. Oby się tak stało i o to apeluję.
Pan premier Tusk apelował nawet o rezygnację z przekonań w imię dobra - przyjęcia tego traktatu. Pan premier mówił, że nie ma innego wyjścia.
Panie Premierze! Proszę więcej takich słów nie wypowiadać. Naprawdę o to proszę nie tylko ja, ale, jak sądzę, wielu Polaków.
Przecież te słowa mówił po pierwszym rozbiorze nie kto inny, jak Adam Łodzia Poniński. Powiedział wyraźnie - mam tutaj jego tekst: nic więcej nie da się zrobić. Nic poza rozbiorem. My, Polacy, wiedzieliśmy co robić, robiliśmy powstania, nie dawaliśmy się, chcieliśmy więcej i będziemy chcieć więcej.
Po ratyfikowaniu traktatu w obecnej, złej wersji, stracimy suwerenność, zmarginalizujemy naszą niepodległość. Państwo nasze schodzi do rzędu jakichś średniaków, do grupy średnich. Drodzy Państwo, powstania narodowe, rok 1918, 1920, powstanie warszawskie, zryw "Solidarności" przywróciły Polakom suwerenność. Czy mamy ją stracić, czy ktoś z nas myślał, że niebawem ta suwerenność będzie ograniczona przez prawodawstwo i włączenie do nowego państwa, do którego zostaniemy wtłoczeni, czyli Unii Europejskiej?
Jeśli nie dojdzie do renegocjacji, będzie naprawdę źle, będzie to ze stratą możliwości naszej pełnej suwerenności, z takim trudem przez poprzednie pokolenia wywalczonej, i staniemy się państwem średniej rangi, mało zauważalnym w tym gąszczu państw europejskich.
Apeluję w związku z tym, Panie i Panowie Senatorowie, o głos sprzeciwu wobec tego traktatu. Dajmy Polsce szansę na wynegocjowanie czegoś lepszego. I tak się stanie, jeśli Senat nie przyjmie ustawy. Mamy możliwość wpływu na skalę europejską na wynegocjowanie większej, pełniejszej suwerenności, tej, którą obecnie tracimy.
Zrozumiejmy, że - jak mówi łacińskie przysłowie: amicus Plato sed magis amica veritas - suwerenność, niepodległość Polski jest najwyższym celem każdego Polaka. Tak nam mówili nasi dziadowie, ojcowie. Nawet jeśli każdy z nas ma się za Europejczyka i nim jest. Bo inaczej, jeślibyśmy zaakceptowali ten traktat ograniczający naszą suwerenność, obawiam się, że przyszłe pokolenia będą dodawały - i oby tak nie było, oby te pokolenia umiały zrozumieć naszą specyficzną sytuację - przydomek Łodzia Poniński do naszych nazwisk, do nazwiska każdego, kto ten traktat zaakceptuje. |
|
|
|